Prezent dla Ciebie — zapisz się!

Przygotowałam dla Ciebie DARMOWE e-booki: 

  • listę 100 najczęściej używanych czasowników!
  • 20 pytań najczęściej pojawiających się na rozmowie kwalifikacyjnej

Zgarnij e-booki i zapisz się na mój newsletter!

Otrzymasz dodatkowo 10% rabatu na moje materiały elektroniczne!

.

Moje lata z językiem niemieckim – inspiracje dla uczących się i uczących innych

Hallo!

Wielu z Was pyta mi się, jak nauczyłam się języka niemieckiego i w jakim stopniu język niemiecki wpłynął na moje możliwości zawodowe. W tym wpisie opiszę Wam skrótowo, jak różne doświadczenia w moim życiu wpłynęły na moje umiejętności językowe i, co ten język mi dał.

Zacznijmy od początku.

W latach szkolnych ważne było dla mnie, aby móc inspirować się nauczycielem. Bez wspólnego „flow” trudno było mi przekonać się do danego przedmiotu.

Od zawsze łatwo przychodziła mi nauka języków, ale o ile na lekcjach angielskiego mogłam poczuć więź z nauczycielkami, o tyle w przypadku niemieckiego miałam wrażenie, że istnieją dwie kategorie nauczycielek: albo „szare myszki”, albo osoby bardzo apodyktyczne i wręcz złośliwe. Z żadną z tych grup nie potrafiłam się utożsamić, dlatego też nie przepadałam za językiem niemieckim.

Nie myślałam wtedy o tym, że niemiecki mógłby mi się przydać w rozwoju kariery. Miałam inne marzenia: wyjazd do USA i budowanie tam kariery marketingowej. Niemiecki wydawał mi się zbędny do realizacji tych planów. Choć miałam z tego przedmiotu ocenę bardzo dobrą, zupełnie mnie nie ekscytował i po wielu latach nauki szkolnej potrafiłam jedynie się przedstawić.

Na studiach ekonomicznych wybrałam język francuski oraz angielski. Z niemieckiego chciałam zrezygnować, głównie dlatego, że – jak już wspomniałam wcześniej – kojarzył mi się z ludźmi, z którymi raczej nie chciałabym mieć kontaktu.

Niestety, już na pierwszych zajęciach z francuskiego okazało się, że prowadząca na poziomie podstawowym bezrefleksyjnie zastosowała „metodę zanurzenia w języku”. Bez odpowiednich materiałów i bez właściwego podejścia do osób, które nigdy wcześniej nie uczyły się francuskiego. Pamiętam, że błagałam wtedy Centrum Języków Obcych o przepisanie mnie na niemiecki. Uznałam, że nie poradzę sobie w grupie, w której wykładowczyni ewidentnie nie rozumiała, że ktoś może zupełnie nic nie rozumieć z francuskiego.

Udało mi się przejść do grupy niemieckiej. W sali było około 35 studentów z różnych kierunków: finansów, zarządzania, ekonometrii. Dwa razy w tygodniu mieliśmy zajęcia z przesympatyczną wykładowczynią, która zdecydowanie nie pasowała do wcześniejszych „dwóch kategorii nauczycielek niemieckiego”. Ponieważ była to uczelnia ekonomiczna, każde zajęcia opierały się na materiałach z Wirtschaftsdeutsch – bardzo trudnych tekstach dotyczących zjawisk, o których dopiero uczyłam się na studiach. Po trzech latach zdałam certyfikat Deutsch für den Beruf na poziomie B2 (Goethe). Złożyłam też aplikację na stypendium do Lipska, aby odbyć tam swoją pierwszą praktykę zawodową w dziale marketingu. Zabawne jest jednak to, że mimo posiadania certyfikatu z Wirtschaftsdeutsch na poziomie B2, nie potrafiłam używać języka w codziennych sytuacjach. Pamiętam, że ówczesna Dyrektorka Centrum Języków Obcych, sprawdzając, czy nadaję się na wyjazd, powiedziała: „Nie wiem, jak sobie Pani poradzi, ale niech Pani jedzie.” 🙂

Stypendium w Lipsku trwało trzy miesiące i były to moje pierwsze doświadczenia z językiem niemieckim w kontekście zawodowym. Błędem jednak było to, że na stypendium było wielu Polaków, przez co rzadko używałam niemieckiego. Zwiedziłam za to Lipsk i Drezno. Zauważyłam też, że Niemcy w Lipsku nie wydawali się „zbyt sympatyczni” ani otwarci wobec obcokrajowców. Uznałam wtedy, że raczej już tam nie wrócę. 🙂

Później wyjechałam na stypendium do USA i myślałam, że tam zostanę, więc moja edukacja związana z językiem niemieckim chwilowo się zakończyła.

W 2010 roku po raz pierwszy zobaczyłam Stany Zjednoczone i… bardzo się nimi zawiodłam. Uznałam, że moje marzenia o USA były wyidealizowane przez hollywoodzkie filmy, a rzeczywistość zupełnie nie odpowiadała temu, do czego chciałam dążyć. To, o czym dziś często się mówi (narkotyki, bezrobocie, ciągły stres, pośpiech, powierzchownie traktowanie relacji międzyludzkich), ja zauważałam już wtedy.

Po stypendium wróciłam najpierw do Krakowa, a później do Warszawy, gdzie pracowałam w działach marketingu różnych firm (m.in. w oddziale Mattela jako Brand Assistant marki Barbie). Były to prace bardzo ciekawe, ale jednocześnie ryzykowne – na każde stanowisko czekało kilkaset osób gotowych przejąć je przy pierwszej okazji. Czułam „oddech konkurencji” i marzyłam o pracy, w której nie będę musiała aż tak bardzo przejmować się rywalizacją. Praca w tak konkurencyjnym środowisku mnie wykańczała.

Postanowiłam wtedy rozwinąć umiejętności trudne do zastąpienia, takie jak znajomość wymagającego języka, które mogłyby realnie zwiększyć gwarancję zatrudnienia. Znajomość angielskiego była już wówczas oczywistością i nie stanowiła żadnej przewagi konkurencyjnej na rynku pracy.

Wróciłam więc myślami do języka niemieckiego. Był on na tyle „egzotyczny” na polskim rynku, że jego znajomość praktycznie gwarantowała zatrudnienie w dowolnym miejscu. Wtedy po raz pierwszy wyjechałam do Monachium na kurs językowy.

Jeśli ktoś znał mnie w „tamtych czasach”, to pewnie pomyślał, że zwariowałam. 🙂 Planowałam wyjechać jedynie na miesiąc do Monachium, aby podszlifować język niemiecki i później kontynuować pracę w branży marketingowej w Warszawie.

Co zrobiłam? Po miesiącu kursu językowego w Monachium wróciłam do Warszawy tylko po to, aby… spakować się i wyprowadzić na kolejne trzy lata do Niemiec. Zostawiłam w Warszawie wszystko, co do tej pory wypracowałam. Rzuciłam też rozpoczęte studia doktoranckie na SGH po pierwszym roku. Uznałam, że znalazłam swój American Dream i nikt nie odbierze mi tej decyzji. 🙂 Myślę, że nigdy wcześniej nie byłam tak pewna swojego wyboru.

Czy moja decyzja była związana z „zakochaniem się w języku”? Nie.

W Monachium zobaczyłam niezwykle przyjazny świat, z jakością życia, która mnie fascynowała: przepiękne góry, czyste miasta, styl slow life, a także ludzie, których chciałam poznawać i którzy niesamowicie mnie inspirowali.

O swoim pobycie w Niemczech pisałam w książce Znasz angielski? Poznaj niemiecki. Kompendium emigranta, która w marcu 2016 roku była bestsellerem w Empiku. Niektórzy czytelnicy zarzucali mi, że przedstawiłam Niemcy jako kraj mlekiem i miodem płynący, co – ich zdaniem – nie odzwierciedlało rzeczywistości. Każdy z nas powinien jednak pamiętać, że postrzeganie świata jest zawsze subiektywne. Ja odczuwałam go w taki sposób, ktoś inny inaczej – i każdy ma prawo do przedstawienia swojego punktu widzenia, bez umniejszania perspektywy drugiej osoby.

Moje niezwykle pozytywne nastawienie przełożyło się na ekspresową naukę języka niemieckiego – w ciągu dwóch lat osiągnęłam poziom C1–C2 – oraz na to, że bardzo szybko otrzymałam kierownicze stanowisko w niemieckim oddziale Amazona. Kariera jak z marzeń! 🙂

Języka niemieckiego używałam już wtedy na poziomie zbliżonym do native speakera. Nauczyłam się go głównie poprzez obserwację i naśladowanie ludzi, których spotykałam na emigracji. Ograniczyłam do minimum kontakt z Polakami i posługiwałam się wyłącznie niemieckim, co w przyszłości sprawiło, że używanie polskiego zaczęło mi przychodzić z trudnością. Była to jednak jedyny sposób, aby szybko opanować język obcy i zdobyć dobrą pracę biurową. Sporadycznie chodziłam na lekcje indywidualne do różnych nauczycieli ze szkoły językowej w Monachium. Dlaczego? Większość z nich miała wykształcenie w innych dziedzinach – prawniczych czy humanistycznych – i nie potrafiła uczyć języka kompleksowo. Jedni byli dobrzy w tłumaczeniu gramatyki, drudzy w wymowie, inni w czymś jeszcze. Musiałam korzystać z kilku źródeł, aby zebrać potrzebne informacje, a następnie samodzielnie uporządkować wiedzę w swojej głowie.

Będąc w Monachium, ciążyło mi to, że kiedyś zrezygnowałam ze studiów doktoranckich. Nie chciałam jednak wracać na ekonomiczne studia doktoranckie, bo nie chciałam dwa razy wchodzić do tej samej rzeki. Pragnęłam natomiast zostawić coś przyszłym pokoleniom i zauważyłam, że moje spostrzeżenia językowo-ekonomiczne mogłyby pomóc w dostrzeganiu różnic kulturowo-językowych w biznesie.

Dlatego nie rozpoczęłam studiów doktoranckich językoznawczych po to, by dalej uczyć się niemieckiego. Miałam ambicję pozostawienia po sobie czegoś trwałego.

Pokolenia przemijają, książki popularnonaukowe czy podręczniki się zmieniają, a prace naukowe pozostają na zawsze. Kolejne pokolenia badaczy – chcąc czy nie chcąc – muszą cytować wcześniejszych naukowców.

Czy w ciągu pięciu lat studiów doktoranckich nauczyłam się czegoś, co mogłoby mi pomóc w codziennym życiu lub biznesie? Niestety nie. Choć wcale tego nie oczekiwałam. Być może dlatego, że miałam już jedne studia za sobą i wiedziałam, że wiedza akademicka tylko w niewielkim stopniu przekłada się na praktykę.

Studia doktoranckie nauczyły mnie przede wszystkim prowadzenia badań, statystyki i prezentowania wyników. Wydawnictwo Springer opublikowało moją pracę doktorską, co pozwoliło mi zrealizować cel, który sobie założyłam: pozostawić dar dla przyszłych pokoleń i wnieść wkład w rozwój nauki.

Chciałabym jednak podkreślić, że osoby nieznające niemieckiego na poziomie C2 również mogłyby napisać pracę doktorską. W doktoracie nie chodzi bowiem o samą umiejętność posługiwania się językiem, lecz o wniesienie do nauki czegoś nowego, czego nikt wcześniej nie opisał.

Stopień naukowy to przede wszystkim dowód, że dana osoba odkryła coś nowego w określonym, często wąskim obszarze nauki. Aby móc coś zaproponować, trzeba najpierw stać się ekspertem w tej jednej dziedzinie – nie we wszystkim. Ja na przykład napisałam doktorat o międzynarodowym employer brandingu i o różnicach kulturowych w ogłoszeniach o pracę w USA, Niemczech i Polsce. Czy znałam zasady fonetyki niemieckiej? Połowicznie. 😉 Poznałam je dokładnie później, z własnej woli, na kursach językowych – już po napisaniu doktoratu i po ukończeniu germanistyki.

Studia magisterskie czy doktoranckie niestety rzadko koncentrują się na praktycznym używaniu języka obcego. Przedmioty często prowadzą osoby, które nie specjalizują się w danej dziedzinie. Główne nastawienie takich studiów to badanie i analiza języka – np. wieloletnia analiza jakichś określonych tekstów pod kątem gramatycznym, fonetycznym czy stylistycznym (w zależności od specjalizacji naukowca). Czy taka analiza wpływa na umiejętności językowe? Tak – rozwija spostrzegawczość, ale nie płynność w posługiwaniu się językiem.

Mnie osobiście studia doktoranckie oraz magisterskie z germanistyki (które ukończyłam głównie po to, by uzyskać „uprawnienia nauczycielskie”) nie rozwinęły pod względem praktycznego używania niemieckiego. Być może wynikało to z faktu, że już wcześniej posiadałam certyfikat Goethe C2 i po prostu osiągnęłam pewną „granicę”, którą trudno było jeszcze bardziej poszerzyć.

Praca jako wykładowczyni akademicka na różnych uczelniach rozwinęła mnie o tyle, że zaczęłam dokładniej poznawać obszary językoznawstwa, które wcześniej mnie nie interesowały. Jak wspomniałam, przez większość życia byłam związana z Wirtschaftsdeutsch, czyli biznesowym językiem niemieckim, i w tym zakresie byłam oraz jestem jedną z najlepszych ekspertek na rynku w Polsce (otworzyłam i prowadziłam studia podyplomowe Deutsch im Business – Język niemiecki w biznesie – na Uniwersytecie Warszawskim).

Wykładanie na uczelniach „zmusiło mnie” do poznania innych specjalizacji, które wcześniej nie były mi potrzebne – na przykład ultra‑zaawansowanej gramatyki języka niemieckiego. Kiedy zobaczyłam podręczniki gramatyczne dla filologów, z których miałam przygotować zajęcia, mocno się przeraziłam. Pierwsze wydania tych książek pochodziły z lat 1981–1999, a kolejne edycje były jedynie poprawiane pod kątem błędów autora, bez dostosowania do współczesnych realiów. Pomyślałam, że język tam przedstawiony jest archaiczny i zupełnie niestosowany we współczesnej praktyce.

O ile przez pierwsze lata pracy jako wykładowczyni opierałam się na tych książkach (bo na rynku nie było nic „lepszego”), to w 2023 roku napisałam własną książkę o zaawansowanej gramatyce, w której wybrałam to, co – moim zdaniem – naprawdę przyda się studentom obecnie. Czy czegoś się przy tym nauczyłam? Tak – nauczyłam się, jak wyjaśniać niejasności w gramatyce niemieckiej, oraz poznałam kilka słów, których nigdy wcześniej nie słyszałam w praktyce podczas emigracji. Co ciekawe, te słówka często pojawiają się na egzaminach językowych w różnych instytutach, co zauważyłam ostatnio, przerabiając przykładowe arkusze z klientami prywatnymi. Ale poza tym jednym kontekstem, jak widać, można było żyć bez tej wiedzy, pracując jako marketingowiec czy rekruter w Niemczech.

Dla mnie, jako wykładowczyni i nauczycielki, ta wiedza okazała się cenna, bo pozwoliła lepiej uczyć języka niemieckiego – szczególnie tam, gdzie jest ona wymagana przy certyfikatach językowych. Myślę, że właśnie tego brakowało nauczycielom w Monachium, którzy uczyli języka bez solidnego zaplecza językoznawczego.

Nie jest to jednak konieczne – jak wspomniałam wcześniej – dla osób, które nie planują zostać nauczycielami czy tłumaczami i nie są zainteresowane zdobywaniem certyfikatów C1/C2.

Kiedy sama studiowałam germanistykę na poziomie magisterskim, jedna z wykładowczyń została zwolniona w połowie roku akademickiego, ponieważ studenci (którzy mieszkali już w Niemczech) mocno zbuntowali się przeciwko liście słówek, którą wysłała im do nauczenia się. Ci studenci wiedzieli, czego powinni oczekiwać, i zdawali sobie sprawę, że na emigracji ta wiedza nie będzie im potrzebna. Negocjacje z wykładowczynią nie przynosiły skutku – wykładowczyni upierała się, że są to podstawy dla germanistów. Uczelnia szybko zareagowała – głównie dlatego, że była to uczelnia prywatna, dla której zdanie studentów bardzo się liczyło.

A co ze studentami, którzy nigdy nie byli w Niemczech? Często uczą się na studiach słówek, których być może w praktyce nigdy nie usłyszą. Dowiadują się o tym dopiero po studiach.

Nie chodzi tu nawet o złą wolę wykładowcy. Często po prostu wykładowca jest tak skoncentrowany na swoich badaniach, że nic innego go nie interesuje, a dydaktykę traktuje jako obowiązek, który należy spełnić bezrefleksyjnie. I tak lata mijają, a nic się nie zmienia. Każda próba najmniejszej zmiany jest natomiast określana jako „bunt”, a nie jako konstruktywna informacja zwrotna. Taki negatywny stosunek wobec „nowych propozycji” można szczególnie zauważyć na uczelniach państwowych. Oczywiście podkreślam, że są to moje subiektywne obserwacje oparte na osobistych doświadczeniach.

Ostatnio sporo współpracuję z niemieckimi firmami, głównie z branży IT. Zauważam, że język niemiecki staje się jeszcze prostszy niż kiedyś – Niemcy skracają wszystko, co tylko mogą. Zamiast „ob es” mówią „obs”, a zamiast wypowiadać całe zdanie w sposób gramatycznie poprawny, mieszają szyk i zapominają o przecinkach. Nikogo to szczególnie nie obchodzi – ważne jest, aby „biznes się kręcił” i aby przede wszystkim „cyferki się zgadzały”.

I tu właśnie następuje zderzenie z rzeczywistością: nauka nie nadąża za praktyką. Istnieją dwa odrębne światy – naukowców i biznesu – które czasem spotykają się na eventach, ale w rzeczywistości rzadko ze sobą współpracują, bo ich cele są zupełnie różne. Dla nauki liczy się utrzymanie status quo i analizowanie tego, co za kilka lat może być już przeszłością. Dla biznesu najważniejszy jest szybki zysk oparty na natychmiastowym spełnianiu potrzeb klientów. 🙂

Fajne jest to, że mam wgląd w oba światy i widzę, jak bardzo się od siebie różnią. Dostęp do różnych perspektyw oraz otwartość na poznawanie języka niemieckiego w kontekstach z różnych branż to dziś dodatkowa przewaga konkurencyjna.

Możliwość wyboru

Od pracy na uczelniach i w szkołach po zatrudnienie w korporacjach – przyznaję, że potrafię żonglować różnymi ofertami jednocześnie i zostaję tylko tam (lub staram się zostać tylko tam), gdzie czuję się dobrze. Gwarancja pracy, o której kiedyś marzyłam, stała się moją rzeczywistością. Dlaczego? Jeśli coś w jednym miejscu mi nie odpowiada, wiem, że mogę znaleźć zatrudnienie gdzie indziej. Takiej swobody w myśleniu o przyszłości życzę każdemu. I właśnie to dał mi język niemiecki.

Ważne jest jednak, aby nie ograniczać się do poznawania języka wyłącznie w jednym środowisku. Dlaczego? Bo to nas zamyka i później ogranicza możliwości rozwoju zawodowego.

Dzięki temu, że mam doświadczenie w wielu branżach, mogę wspierać większą liczbę różnorodnych osób. Pomagam studentom kierunków humanistycznych i ekonomicznych, pracownikom korporacji oraz wykładowcom z różnych uczelni. Wszystko dlatego, że byłam aktywna w wielu środowiskach i w każdym z nich posługiwałam się językiem niemieckim. Dzięki temu wiem z własnego doświadczenia, co rzeczywiście trzeba opanować, a co można pominąć w zależności od kontekstu. Również Tobie mogę pomóc w odnalezieniu kilku dróg kariery z językiem niemieckim poprzez mój mentoring.

Nauka języka trwa całe życie. W zależności od miejsca, w którym się znajdujesz, pojawiają się inne wyzwania i inne tematy uznawane za ważne. Dlatego nie „fiksuj się” na tym, by być dobrym we wszystkim. Skup się na tym, co w danej chwili jest dla Ciebie najbardziej przydatne – i miej wobec siebie realne oczekiwania.

Powodzenia!

dr Anna Jędrzejczyk

2 komentarze

  1. Coś w tym jest. U mnie nauka języków przebiegała nieco inaczej. Jako dziecko miałem smykałkę do produktów sprowadzanych z Zachodu, czyli magnetowidów VHS, telewizorów kineskopowych etc. Ponieważ były instrukcje w jezyku angielskim siedziałem całe godziny rozkminiając co to może znaczyć i uczyłem się wiedzy w praktyce. Jako osoba niedosłysząca i mająca na uszach aparaty słuchowe kiepsko ze mną było z wymowa, ale tez się jej nauczyłem i startowałem w szkolnych konkursach języka angielskiego. Potem przyszło liceum gdzie dostałem się do klasy z rozszerzonym niemieckim. Zaczynałem od zera, ale szybko opanowałem wymowę (z której do dzisiaj zostało mi szwajcarskie wymawianie r w każdej pozycji w zdaniu, ale jak trzeba potrafię się przestawić). Liceum to trzykrotna zmiana nauczycieli w ciągu 4 lat, chaos gramatyczny, niski poziom wiedzy moich kolegów. Wtedy sam zacząłem czytać ksiazki obcojęzyczne i oglądać na okrągło GZSZ (ci którzy oglądali to od 1992 roku to maniaki tv), Kommissar Rex itp., potem studia i brak kontaktu z językiem, przypomniałem go sobie w 2021 roku i wyjechałem do Niemiec do pracy. Stamtąd wróciłem ju z totalnie zgermanizowany, ale nadal w wymowie w wersji szwajcarskiej. Doszło do tego, że pytani mnie z którego kantonu pochodzę:) do dziś czytam i uczę sie dodatkowo sam hiszpańskiego i włoskiego…Angielski mam na dosyć wysokim poziomie gdyż regularnie dominuję w dyskusjach w American Corner.. Ale mamy coś wspólnego z Dr Anną, świadomie unikamy polskojęzycznych kontaktów..bo niewiele wnoszą językowo w moje życie…

    • Dziękuję za komentarz. Również ciekawa historia 🙂 Gratuluję poznania tylu języków. Co do kontaktów z Polakami, to ograniczenie kontaktu jest wskazane na początku nauki języka obcego. A potem: to już kwestia gustu, z kim się chce przebywać. 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

Skomentuj Ania JędrzejczykAnuluj odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *